SS-Oberaufseherin Maria Mandel
----------------------------------
W styczniu 2008 roku minęła 60. rocznica śmierci jednej z największych zbrodniarek II wojny światowej - Marii Mandel. Pomimo, że jej działalność w obozach koncentracyjnych jest powszechnie znana, wciąż brakuje wielu informacji oraz dokumentów dotyczących życia i śmierci byłej komendantki obozu kobiecego w Birkenau. Niniejsze opracowanie ma odpowiedzieć na pytanie, kim była owiana złą sławą "Bestia" i dlaczego ze zwykłej, niemieckiej urzędniczki przeobraziła się w potwora mordujęcego z zimną krwią tysiące niewinnych ludzi.
Opracowanie jest częścią projektu "SS-Aufseherin: Female Camp Guards".
Maria Mandel - komendantka obozu kobiecego w Birkenau nazywana była "Mandelką" od jej nazwiska, "Oberką" od funkcji, jaką pełniła oraz "Bestią" z racji okrutnego zachowania wobec więźniów. Jej władza w obozie była absolutna. Zarówno podległe komendantce nadzorczynie, a przede wszystkim więźniowie całego kompleksu obozowego Auschwitz-Birkenau bali się jej panicznie i unikali "pani życia i śmierci" jak tylko mogli. Jednak trudno było uciec przed wciąż czujnym, wszystko widzącym oraz słyszącym obliczem tej "kobiety-potwora". Podobno Maria Mandel miała umiejętność zjawiania się tam, gdzie się jej najmniej spodziewano. Każde pojawienie się SS-Lagerführerin zwiastowało duże kłopoty. Spotkanie 'oko w oko' z komendantką oznaczało niechybne kalectwo, a czasem nawet śmierć dla więźnia, który wszedł w drogę "Mandelce".
Pomimo tej strasznej opinii jaką miała wśród więźniów oraz personelu wartowniczego SS, Maria Mandel okazała się być osobą o wielkiej wrażliwości. To dzięki niej w Birkenau została założona żeńska orkiestra obozowa. Bowiem Maria Mandel oprócz sadystycznych upodobań była też wielką melomanką i wielbicielką muzyki poważnej.
Maria Mandel to dzisiaj ikona nazistowskich ośrodków zagłady. Zło w ludzkiej skórze, najbardziej przerażające, najbardziej okrutne w całej swojej postaci, zło jakie nigdy nie powinno się ujawnić w człowieku. Haniebne czyny komendantki Birkenau to kolejny dowód na to, jak bardzo można zniewolić ludzki umysł i podporządkować społeczeństwo błędnej doktrynie nazistowskiego terroru.
Maria Mandel nigdy nie żałowała zbrodni jaką popełniła w ciągu siedniu lat służby w obozach koncentracyjnych. Pod koniec życia stwierdziła, że gdyby mogła urodzić się ponownie, robiłaby to samo. Morderczyni czy melomanka, bestia czy uzdolniona przywódczyni? Jaka więc naprawdę była Maria Mandel?
Dzieciństwo i młodość
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Miasteczko Münzkirchen należące do Arcyksięstwa Górnej Austrii było położone w niewielkiej kotlinie w widłach Innu i Dunaju na pograniczu austriacko-bawarskim. 10 stycznia 1912 roku w rodzinie szewca Franza Mandla w domu pod numerem 86 przyszła na świat dziewczynka, której nadano imię Maria. Jej ojciec, Franz Mandel był z zawodu szewcem i trudnił się handlem obuwiem w Münzkirchen i okolicznych miejscowościach Gattern, Scherdebberg, Vernstein i Raibach. Matka, Anna z domu Streibl była starsza od męża o dwa lata i wywodziła się z rodziny wiejskich kowali. Zmarła na puchlinę wodną (Wassersucht) w 1944 roku przeżywszy 63 lata.
Maria była ich czwartym, najmłodszym dzieckiem. Najstarsza córka wyszła za mąż młodo za miejscowego rolnika, druga wyjechała do Szwajcarii i wyszła za mąż za maszynistę kolejowego. Jedyny syn przygotowywał się do kontynuowania zawodu ojca i praktykował w jego warsztacie.
Rodzice Marii byli narodowości niemieckiej i przynależności państwowej austriackiej. Jak większość mieszkańców Münzkirchen uczęszczali do kościoła na niedzielne nabożeństwa. "Byli religijny po chłopsku, chodzili w niedzielę do kościoła" – mówiła Mandel podczas śledztwa w 1947 roku.
Dzieciństwo i młodość Mandel spędziła w rodzinnej miejscowości. Była oczkiem w głowie rodziców. Śliczna, złocistowłosa i zgrabna mogła być lubiana nie tylko w rodzinie, ale i w środowisku rówieśniczek. Rodzice postanowili dać jej nieco wyższe wykształcenie niż pozostałym dzieciom. "Moje dziecięce lata i lata młodości do 16-17 lat to najpiękniejsze lata mojego życia" – pisała w celi więzienia Montelupich. Po ukończeniu ośmioklasowej szkoły powszechnej w Münzkirchen wyjechała do Neuhaus nad Innem w Bawarii, kilkanaście kilometrów od rodzinnego domu i tam ukończyła cztery klasy szkoły wydziałowej (Burgerschule), a nadto – jak twierdziła – pierwszy rok szkoły gospodarczej. Informacja o nauce w szkole gospodarczej wydaje się nieprawdziwa. Gdyby bowiem Mandel poszła do szkoły powszechnej nawet w wieku 6 lat, czyli w roku szkolnym 1918/1919, to ośmioklasową szkołę powszechną ukończyłaby zgodnie z programem nauczania w 1926 roku, a więc do roku 1928 nie mogłaby ukończyć czteroklasowej szkoły Burgerschule i ponadto jednorocznej szkoły gospodarczej.
Po zakończeniu nauki Maria Mandel nie mogła znaleźć żadnej pracy. Wówczas jej matka – być może w związku z klimakterium – dostała rozstroju nerwowego (Nervensache). Objawy tej choroby z czasem nasiliły się: była drażliwa, wybuchowa, nadmiernie pobudliwa. Możliwe, że zaistniała sytuacja skłoniła Marię do wyjazdu z domu rodzinnego do Szwajcarii w 1929 roku. Siostra, która tam mieszkała znalazła dla niej posadę kucharki w domu niejakiego dr Clausena w miejscowości Brig w kantonie Walencja w odległości zaledwie 60 km od stolicy kantonu Sion. Pracowała tam przez piętnaście miesięcy, ale ostatecznie porzuciła tę pracę i wróciła do rodzinnego domu – jak twierdziła – z tęsknoty. Możliwe, że przyczyną powrotu Marii była nasilająca się choroba matki, a wówczas córka stała się potrzebna do pomocy przy prowadzeniu gospodarstwa. Mandel przebywała w Münzkirchen do 1934 roku. Kiedy choroba matki ustała, Maria przyjęła posadę pokojowej (Zimmermadchen) w prywatnej willi w Innsbrucku.
Dopiero w sierpniu 1937 roku otrzymała państwową posadę na poczcie w Münzkirchen jako pocztmistrzyni (Postmeisterin). Po zajęciu Austrii przez Niemców (Anschluss) w 1938 roku z pracy tej została usunięta. Mandel w czasie śledztwa w Polsce twierdziła, że przyczyną jej zwolnienia z posady, było to, że nie była narodową socjalistką. Natomiast Fania Fenelon w książce „Grałam w orkiestrze w Auschwitz” (Musicians of Auschwitz) nie przetłumaczonej do tej pory na język polski przytacza rozmowę więźniarek, w czasie której jedna mówi o tym, że Mandel miała w Münzkirchen narzeczonego, zdecydowanego przeciwnika narodowego socjalizmu i to przyczyniło się do jej zwolnienia z pracy. Zwolnienie Mandel ze stanowiska rzeczywiście nastąpiło, co potwierdza pismo burmistrza Münzkirchen Stadlna z 5 listopada 1946 roku znajdujące się w aktach procesu oświęcimskiego: "Münzkirchen, am 5 November 1946 Bescheinigung: Dem Frl Maria Mandl, geb. 10.I.1912 in Münzkirchen, Tochter des Franz Mandl, Schuhmachermeister in Münzkirchen nr 86, wird bescheinigt, dass dieselbe in den Umbruchstagen des Marz 1938 von den Nazis aus dem Postdienst beim Postamt Münzkirchen entlassen wurde. Der Burgermeister: Stadln"
W tym samym roku Maria Mandel pojechała do swojego wuja albo stryja (w wyjaśnieniach Mandel używa tych określeń wymiennie więc nie wiadomo czy chodzi o brata ojca czy brata matki), który mieszkał w Monachium i tam pełnił ważne stanowisko nadinspektora policji. Chciała pracować w policji kryminalnej, bowiem znała zakres prac z jego opowiadań i słyszała, że funkcjonariusze policji dobrze zarabiają. Za jego radą i pomocą, przyjęła pracę nadzorczyni (Aufseherin) w obozie koncentracyjnym w Lichtenburgu.
W służbie SS - FKL Lichtenburg
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Maria Mandel została nadzorczynią z bardzo prostej przyczyny. Zgłosiła się na stanowisko pracy "SS-Aufseherin" z tego samego powodu, co większość młodych, średnio wykształconych niemieckich kobiet. Trudna sytuacja materialna, małe zarobki i chęć awansu zmusiły Mandel do radykalnej decyzji o podjęciu służby w jednym z pierwszych kobiecych obozów koncentracyjnych Frauen-Konzentrazionslager na terenie III Rzeszy - FKL Lichtenburg. Podczas późniejszego śledztwa Mandel twierdziła, że nie wiedziała na czym będzie polegać praca "SS-Aufseherin" i gdyby jej nie otrzymała, to starała by się o pracę pielęgniarki. To dość dziwne tłumaczenie, zważywszy, że Mandel nie posiadała żadnego wykształcenia w tym kierunku. Obóz usytuowany był w szesnastowiecznym zamku Lichtenburg, przemianowanym w 1933 roku na obóz koncentracyjny, a w 1937 roku ostatecznie został przeznaczony na obóz dla kobiet. FKL Lichtenburg istniał krótko, bo tylko do maja 1939 roku. Jego rolę przejął w późniejszych latach FKL Ravensbrück.
O szczegółach związanych z podjęciem pracy na stanowisku nadzorczyni SS, Maria Mandel wspomniała podczas przesłuchania w związku z procesem sądowym członków załogi Auschwitz. Zachowano oryginalną pisownię protokołu sporządzonego dnia 19 maja 1947 roku w Krakowie przez śledczego Jana Stehna:
"Pracę tę wybrałam dlatego, ponieważ słyszałam, że dozorczynie w obozach koncentracyjnych dużo zarabiają i spodziewałam się, że zarabiać będę więcej, aniżeli mogłabym zarobić jako pielęgniarka. Gdybym bowiem nie dostała była zajęcia w obozie koncentracyjnym, byłabym się uczyła na pielęgniarkę. Przed objęciem służby w obozie w Lichtenburgu nie wiedziałam czym są obozy koncentracyjne i jakie są ich urządzenia."
[Maria Mandl, Protokół, 19.05.1947 Kraków]
W protokole Maria Mandel opisuje swoją służbę w kobiecym obozie koncentracyjnym Lichtenburg, akcentuje również fakt, że więźniarki miały w nim zapewnione godziwe warunki bytowe, a jeśli umierały, to jedynie na skutek starości. Nie było także mowy o jakichkolwiek karach cielesnych stosowanych wobec uwięzionych:
"W Lichtenburgu zaczęłam pracować w dniu 15 października 1938. Początkowo przez kwartał pracowałam tam tytułem próby, w tym czasie samodzielnie nie spełniałam żadnych funkcyj, towarzyszyłam zawsze jednej z koleżanek i zapoznawałam się z tokiem prac w obozie. Obóz mieścił się w starym zamku, w tym czasie osadzonych w nim było około 400 więźniarek Niemek, były to przeważnie asocjalne, które stanowiły większość, badaczki pisma, przestępczynie zawodowe, Żydówki i drobny odsetek więźniarek politycznych. Prócz mnie pracowało tam 12 dozorczyń, starszą dozorczynią (Oberaufseherin) była najpierw Stolberg a następnie Johanna Langenfeld, ta która później pracowała w Brzezince. Po upływie kwartału próbnego zostałam zaangażowana jako dozorczyni i w tym charakterze pracowałam w Lichtenburg do 15 maja 1939."
[Maria Mandl, Protokół, 19.05.1947 Kraków]
W maju 1939 roku do FKL Ravensbrück przywieziono z Lichtenburga około tysiąca więźniarek. Wraz z nimi do nowopowstałego obozu sprowadzono kilkadziesiąt nadzorczyń, którym zapewniono doskonałe warunki mieszkalne w wybudowanym osiedlu dla załogi SS, usytuowanym w pobliżu obozu. Ravensbrück szybko przejął funkcję głównego obozu kobiecego, jaką wcześniej pełnił FKL Lichtenburg. Od tej pory Ravensbrück zaczęto określać mianem "wzorowy obóz koncentracyjny" i stawiano go jako przykład dla późniejszych kobiecych obozów koncentracyjnych tworzonych przy większych ośrodkach zagłady.
Piękna Mandel - FKL Ravensbrück
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Urszula Wińska: "Mandel była upojona swoją władzą"
"Wzorowy obóz Ravensbrück. Brama i wielki plac - z przodu jakieś budynki, z drugiej strony placu, po dwóch stronach głównej ulicy Lagrowej, szeregi jednakowych niskich bloków. Plac i ulica wysypane czarnym węglowym żwirem. Kwitnące rzędy szałwii, kwiatu, którego jaskrawa czerwień stała się w jakiś sposób symboliczna... Niewinny kwiat do którego dziś czuję niechęć. Potem nauczyłyśmy się odróżnić, że ten wysoki budynek z brzegu to bunkier. Wtedy nic nam nie mówił. Rozglądałyśmy się ciekawie. Mur gładki wysoki, o wiele za wysoki by można było przezeń uciec. Za nim druty wysokiego napięcia i wieżyczki strażnicze. Dobrze strzeżony był ten obóz i dobrze zamknięty. W dali przechodziły piątkami szeregi kobiet, wszystkie jednakowo ubrane w niebiesko szare pasiaki."
[Wanda Półtawska "I boję się snów"; Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 1998]
Podczas zeznań sądowych złożonych w Krakowie, Maria Mandel świadomie zataiła i pomniejszyła ogrom swoich zbrodni popełnionych między majem 1939 roku a październikiem 1942 roku, kiedy to pełniła służbę w FKL Ravensbrück. Dała się wówczas poznać od najgorszej strony, w oczach więźniarek była uważana za bestię w ludzkiej skórze i taką też opinię miała do końca wojny.
Służbę Mandel, początkowo jako szeregowej nadzorczyni (SS-Aufseherin), a następnie jako kierowniczki obozu kobiecego (SS-Oberaufseherin) można uznać za jedno ogromne pasmo zbrodni, charakteryzujące się wyjątkową brutalnością wobec więźniów. Fakt ten potwierdza dokumentacja zebrana podczas procesu załogi oświęcimskiej, w której zamieszczono liczne relacje i wspomnienia byłych więźniów dotyczące działalności Marii Mandel. Większość tych zeznań znajduje się w 56 tomie, który aktualnie jest w posiadaniu Państowego Muzeum Auschiwtz-Birkenau w Oświęcimiu.
"Maria Mandel (Mandl) - Aufseherka i oberaufseherka w Ravensbrück. Rysopis : wzrost średni, włosy złocistoblond, oczy duże, niebieskie, ciemno oprawione, rysy regularne, cera bardzo różowa, wybitnie ładna, dobrze zbudowana, lat ok. 30."
[Pismo Koła Więźniarek Ravensbruck dot. Marii Mandel, 1947]
Powyższy opis Marii Mandel został sporządzony w 1947 roku przez członkienie Koła Więźniarek Ravensbrück zapewne na potrzeby procesu sądowego. Podobne opisy pojawiają się w różnych książkach napisanych przez byłych więźniów, co potwierdza, że Mandel była powszechnie uważana za piękną, dobrze zbudowana kobietę o typowo aryjskich rysach. Zazwyczaj po obszernych wspomnieniach dotyczących urody Mandel, zamieszano dla kontrastu opis największych zbrodni, do których się dopuściła. Poniższy fragment to relacja Heleny Tyrankiewiczowej, warto zwrócić uwagę na niezwykłe porównania występujące w tekście, odnoszące się do osoby Mandel jako głównej nadzorczyni obozu w Ravensbrück:
"Krwiożerczy, antyżydowski kurs wprowadziła nowa kierowniczka Ravensbrück piękna Mandel. Było to rasowe giętkie, sprężyste, śliczne dzikie zwierzę, zawsze rozwścieczone, pantera złotowłosa o oczach błyszczących żądzą mordu, ryś, umiejący niepostrzeżenie zajść którędyś od tyłu, gdzie go się nikt spodziewał i walić na ziemię jednym ciosem małej, ale jak stal twardej ręki. Cicho jak kot umiała na rowerze tak jakoś się prześlizgnąć między blokami lub za nimi, że żaden kamyczek nie zgrzytnął, żadne oko nie dojrzało, aż nagle jak jastrząb spadała na ofiarę, biła, kopała, wyrywała włosy...
Oczy Mandel świeciły się jak fosfor w ciemności, białe spiczaste zęby zaciskały się zawzięcie a głos podniesiony do wysokiego falsetu ciskał słowa jadu, nienawiści, wzgardy. Za co tak biła, kopała, przewracała? Że kurz na obuwiu, za odwrócenie głowy, za obcieranie nosa. Bicie w paroksyźmie wściekłości sprawiało jej przyjemność i widocznie było dla niej środkiem pielęgnowania piękności, bo po każdej takiej egzekucji, selekcji do komór gazowych stawała się jeszcze piękniejsza, mięśnie, których grę widać było przez bajecznie uszyte a niesłychanie obcisłe ubranie, chodziły jak żywe węże, zielonkawe oczy świeciły jak gwiazdy, delikatny róż twarzy nabierał żywości, nawet złote włosy zdawały się bardziej błyszczeć. Mandel czyli Migdał najczęściej wpadała między Żydówki i urządzała istny pogrom."
[Helena Tyrankiewiczowa, więźniarka Ravensbrück, numer obozowy 7604]
Pierwszym komendantem obozu Ravensbrück został Max Koegel, przeniesiony z Lichtenburga, pełnił tę funkcję do marca 1942 roku, a następnie Fritz Suhren. Stanowisko głównej nadzorczyni (Oberaufseherin) objęła od 1941 roku Johanna Langefeld. Według byłej więźniarki, Wandy Kiedrzyńskiej, funkcję głównej dozorczyni w obozie Ravensbrück pełniła od 1939 do 1940 roku Emma Anna Maria Zimmer z domu Menzel lub Mezel, urodzona 14.08.1888 w Schluchtern, brutalna sadystka i alkoholiczka. Zimmer została po wojnie skazana na karę śmierci w siódmym procesie członków załogi Ravensbrück.
"Zimmer, zwana najczęściej "Kaczką", mimo, że bardzo niebezpieczna, była tak komiczna, że nikt się Zimmerki nie bał. Kołysała się idąc na paskudnych nogach jak prawdziwa kaczka. Wiecznie czerwony, spiczasty nos i jakieś krzywe zezowate spojrzenie zza okularów; przypominała z twarzy i ruchu głowy raczej sępa czy starą wyliniałą kurę niż kaczkę. Często i mocno widocznie zaglądała do kieliszka, przychodziła do bloków i nawet na apele nadmiernie czerwona z mętnymi, błyszczącymi oczami. Często mamrotała sama do siebie. Czepiała się o wszystko, każdy naderwany guzik, podartą pończochę, brudny czy niewyraźny numer, o uczesanie. Krzyczała i biła, a co gorsza robiła o byle co meldunki. I Zimmer i Mandel miały dużo zdrowia i żyć ludzkich na sumieniu."
[Irena Pawlewska-Szydłowska, więźniarka Ravensbrück, nr obozowy 7674]
Johanna Langefeld (lub Langenfeld) sprawowała funkcję głównej nadzorczyni w Ravensbrück dopiero od 1941 roku do kwietnia 1942 roku. Po wojnie, Langefeld wydała książkę ze wspomnieniami z czasów służby w obozach koncentracyjncyh. Napisała w niej, że zarówno ona jak i Mandel nienawidziły się, a w każdym razie Mandel nie akceptowała w miarę łagodnego odnoszenia się Johanny do więźniarek obozowych. Warto się temu przyjrzeć bliżej, postać Johanny Langefeld będzie jeszcze nie raz pojawiać się w niniejszym opracowaniu.
Ze wspomnień dr Urszuli Wińskiej:
"Johanna Langefeld była kobietą starszą, opanowaną i w miarę swoich możliwości życzliwą dla więźniarek. Życzliwość J. Langefeld ujawniała się w tym, że w czasie deszczu i mrozu skracała apele liczebne (rano i wieczór). Nie było nigdy apeli karnych, na których stało się godzinami w dni świąteczne. – To była wielka ulga. Znam wypadek, gdy więźniarka Polka pracująca w kuchni została złapana na kradzieży cukru dla chorej koleżanki przebywającej w rewirze. Otrzymała meldunek, spodziewałyśmy się b. surowej kary, raz ze kradzież, drugi raz, że to z kuchni ss-mańskiej. Langefeld zapytała ja dlaczego to zrobiła. Odpowiedziała prawdę i nie było kary (...) Wspominam o tym, by ukazać możliwości nadzorczyni obozu i postawę Langefeld. Żałowałyśmy, że odchodziła. Bardzo dotkliwie odczułyśmy od początku rządy nowej Oberaufseherin Marii Mandel."
[Urszula Wińska, nr obozowy 7448, autorka książki "Zwyciężyły wartości"]
O pracy w Ravensbrück, Mandel zeznała podczas przesłuchania sądowego. Jednak w jej wspomnieniach jest wiele nieprawdziwych informacji, które pomniejszają ogrom zbrodni byłej kierowniczki obozu kobiecego. Największym kłamstwem były informacje o zabiegach, jakie miały miejsce na terenie Ravensbrück. Mandel zdawała się nie wiedzieć, o jakich dokładnie "zabiegach" słyszała podczas swojej służby. Jest rzeczą oczywistą, że o eksperymentach pseudomedycznych przeprowadzanych na więźniarkach, wiedział cały obóz oraz wszyscy zatrudnieni w nim esesmani i nadzorczynie.
"W Ravensbrück pracowałam do października 1942. W tym czasie liczba więźniarek wzrosła do około 8000. Były to przeważnie Polki i Rosjanki. Więźniarki zatrudnione były w szwalni, tkalni, przy wyrobie kożuchów, w rolnictwie, w kuchni, pracami biurowymi, przy wydobywaniu piasku [...] W czasie mojego pobytu śmiertlność w obozie w Ravensbrück była mała, marły staruszki, dla chorych urządzony był szpital, pod koniec mego pobytu w Ravensbrück mówiło się o tym, że w szpitalu obozowym dokonuje się jakichś zabiegów eksperymentalnych, ale jakie były to zabiegi, tego nie wiem, ponieważ sprawy te załatwiane przez lekarzy wprost z komendanturą ja nawet jako starsza dozorczyni (Oberaufseherin) nie miałam wglądu."
[Maria Mandl, Protokół, 19.05.1947 Kraków]
Stukot podkutych butów - bunkier w Ravensbrück
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Aleksandra Steuer: "Jako dozorczyni bunkra była Mandl bardzo okrutna"
Od jesieni 1941 roku do wiosny 1942 roku, Maria Mandel pełniła funkcję dozorczyni, a następnie kierowniczki bunkra czyli obozowego więzienia, do którego wysyłano więźniarki skazane przez naczelnictwo lagru za przeróżne przewinienia. Bunkier mieścił się w piętrowym, murowanym budynku usytuowanym poza obrębem obozu. Na parterze było 40 cel, w suterenach – 38.
Bunkier dzielił się na trzy oddziały:
1. cele dla więźniarek, które popełniły przestępstwa obozowe
2. cele dla więźniarek, które popełniły przestępstwa polityczne
3. cele dla więźniów specjalnych (Sonderhäftlinge)
Przestępstwem obozowym było na przykład spacerowanie pod rękę ulicą Lagrową, odwiedzenie więźniarki w rewirze, przebywanie w obcym bloku. Natomiast więźniarki, które popełniły przestępstwa polityczne były pod nadzorem Ludwika Ramdohra, szefa biura politycznego – Politische Abteilung. W specjalnych celach podległych Ramdohrowi stosowano najbardziej wyszukane tortury, zastrzyki oszałamiające, metodę tuszu, która polegała na tym, że rozebraną do naga ofiarę oblewano wodą. Ponadto wykonywano w bunkrze karę chłosty oraz stosowano najrozmaitsze tortury. Noce były pełne krzyku i płaczu. Cela nr 54 była celą śmierci, cela nr 55 pełniła funkcję celi głodowej. W bunkrze istniały jeszcze cele ciemne czyli "ciemnice" – bez łóżka i krzesła. Jedyne ich wyposażenie stanowiły umywalka i klozet. W takich celach zamykano na 2 miesiące lub dłużej, chociaż kara bunkra wynosiła przepisowo 7-14 dni.
"Bunkier: więzienie karne w obozie, na które skazywane były więźniarki na okres przeciętnie od 12 dni do kilku tygodni a nawet dłużej. Były to cele-ciemnice, w podziemiu, bardzo zimne. Przy wejściu odbierano odzież i buty. Gotowana strawa 2 razy w tygodniu Jeden raz na dzień kawa i chleb. Częste obostrzenia całkowitą głodówką trzydniową, nie spuszczaniem łóżka na noc, ciągłe bicie pod najbardziej błahymi pretekstami. W bunkrze odbywały się wszelkiego rodzaju kary jak : chłosta, najmniej 25 uderzeń, 50, 75 i więcej, oblewanie zimną wodą i wystawianie na mróz itp."
[Pismo Koła Więźniarek Ravensbrück dot. Marii Mandel, 1947]
W bunkrze służyły najbardziej zwyrodniałe i złe nadzorczynie. Mandel była nadzorczynią w bunkrze aż do powołania jej na stanowisko Oberaufseherin czyli do kwietnia 1942 roku. Wśród więźniarek krążyły pogłoski, że wykonywała tam własnoręcznie wyroki śmierci.
"W chwili mego przybycia do obozu Maria Mandl pełniła tam funkcję dozorczyni bunkra (Bunkeraufseherin). Był to wewnętrzny areszt obozowy, w którym umieszczano więźniarki za błache nieraz bardzo drobne przewinienia na skutek meldunków, składanych przez dozorczynie, względnie na zarządzenie oddziału politycznego, Schutzhaftlagerfuhrera lub Oberaufseherin.
Jako dozorczyni bunkra była Mandl bardzo okrutna, i osławiona na terenie całego obozu. Z podległego jej bunkra dochodziły na obóz straszliwe krzyki katowanych przez Mandl więźniarek. Biła je ona i kopała tak długo, dopóki katowana więźniarka nie opadła z sił i nie przewróciła się. Miała przy tym zwyczaj, że do bicia ściągała rękawiczkę z ręki. W czasie rządów Mandl w bunkrze głodzono więźniarki na śmierć. Mandl sama nie kryła tego i więźniarkom, które meldowały się u niej do karnego raportu na skutek zgłoszenia blokowej za to, że narzekały na złe wyżywienie mówiła, iż w bunkrze będą padały z głodu. Przypadki śmierci z zagłodzenia w bunkrze podległym Mandl powtarzały się bardzo często."
[Aleksandra Steuer, protokół, Kraków 20.08.1947]
Protokół #1 - Bunkier
Działalność Marii Mandel w Ravensbrück w zeznaniach świadków*
"Gdy przybyłam do obozu 25 kwietnia 1940 r. Mandel już była Aufseherin w bunkrze i odznaczała się szczególnym okrucieństwem w stosunku do więźniarek – zwłaszcza do Polek. Od 1941 r. pracowałam w biurze politycznym w obozie, gdzie znajdowały się akta personalne wszystkich więźniarek. Akta otrzymywał Koegel, a spis więźniarek odnosiłam do podejrzanej Mandel. Ta ostatnia zatrzymywała więźniarki wymienione w spisie w obozie, nie wysyłając ich do pracy i odprowadzała je do bunkra, gdzie siedziały do wieczornego apelu.
Podczas apelu na oczach zgromadzonych na placu obozowym więźniarki wyprowadzano z bunkra poza bramę, poczym po kilkunastu minutach słychać było salwy wystrzałów. Zaznaczam, że kilkakrotnie więźniarki wyprowadzano pod eskortą Mandel."
[Urbańska Wanda]
"Mandel była główną dozorczynią bunkra, które było więzieniem obozowym częściowo znajdującym się pod ziemią. Ogólnie bano się Mandl, gdyż słynęła z okrucieństwa. Na polecenie Mandl zostałam osadzona tam w podziemnej celi na zupełną głodówkę na 6 dni. Po przeprowadzeniu głodówki została przesłuchana przez Mandl."
[Smolińska Halina]
"Od 12 lipca 1941 r. do października 1942 r. Mandel była początkowo Aufseherin w bunkrze-ciemnicy, a następnie Oberaufseherin. Odnosiła się źle w stosunku do więźniarek, a w szczególny sposób nienawidziła Polek, które biła, przy każdej sposobności. Podejrzana Mandel stale chodziła z biczem, szukając ofiar, które mogłaby pobić, co widziałam wielokrotnie. Podejrzana korzystała ze swej władzy jaka miała w obozie, także i w ten sposób, ze odbierała więźniarkom żywność na okres 2-3 dni, zmuszała je do stania na placu obozowym przez kilkanaście godzin w deszczu lub mrozie w cienkiej odzieży. Nadto kazała ścinać za najdrobniejsze przewinienie włosy więźniarkom, goląc im głowy, i biła Polki. Przy każdym spotkaniu obrzucała wyzwiskami w rodzaju „Polnische Schweine”, „Polnische Banditen”, „Banditn Misthaufen”. Podczas mojego pobytu Mandel miała w obozie Ravensbrück opinię najbardziej okrutnej sadystki."
[Matuszewska Renata]
"Była to osoba okrutna, przy każdej okazji biła napotkane więźniarki i znęcała się nad nimi."
[Hanel-Halska Maria]
----------
* Zeznania świadków pochodzą z akt procesu załogi Auschwitz-Birkenau, tom 57
Były jednak wśród więźniarek takie osoby, które miały w sobie aż tyle odwagi, żeby otwarcie przeciwstawić się tyranii Mandel. Jednak takie przypadki zdarzały się bardzo rzadko, kiedy któraś z uwięzionych kobiet pokazywała swój sprzeciw wobec najwyższej władzy w obozie. Jedną z takich osób była Netia Eppker, holenderska więźniarka Ravensbrück, która przed wojną pracowała jako położna na dworze królowej Holandii Wilhelminy Heleny Pauliny Marii von Oranje-Nasau. Królowa Wilhelmina wyjechała w 1940 roku do Londynu i tam stała się nieugiętym symbolem oporu przeciwko Hitlerowi. Pełna odwagi postawa więźniarki Eppker, została wspomniana w relacji dr Urszuli Wińskiej:
"Była w obozie [Ravensbrück] duża grupa Holenderek. Wyróżniały się, jako grupa, wysokim wzrostem i uprzejmością koleżeńską. Wśród nich jedna szczególnie utrwaliła się w mojej pamięci. Mówiłyśmy o niej Madame Epker. Była położną królowej Juliany. Miała w sposobie bycia i postawie coś – godność damy. Budziła szacunek, nawet wtedy, gdy jej piskliwy głos przy wysokim wzroście pobudzał do śmiechu. Pracowałam z nią najpierw w kolumnie strykarynek,a później w szwalni obozowej (była odrębna szwalnia wojskowa)....
Na głównej ulicy obozowej, zwanej Lagerstrasse, Epker zobaczyła, że Mandel bije więźniarkę. Pobiegła do niej i zawołała : Czemu bijesz tę starą kobietę, ona mogłaby być twoją matką. A bita więźniarka była Niemką.
Mandel podniosła rękę i zamierzała uderzyć Epker. Ta chwyciła ja za rękę i powiedziała : Jestem damą i ty nie masz prawa mnie uderzyć. Konsekwencja tego była najsurowsza kara, którą Mandel jako Oberaufseherin sama wymierzała."
[Urszula Wińska, więźniarka Ravensbrück, nr obozowy 7448]
Tą najsurowszą karą był bunkier. Holenderka Eppker została zamknięta w "ciemnicy", łącznie przetrzymywana była w tej celi 6 tygodni. Ponieważ broniła się przed karą chłosty do ciemnicy zamykano ją 3 razy. Ze wspomnień Heleny Tyrankiewiczowej:
"Dozorczyni Kowa przyprowadziła więźniarkę Eppker do Oberaufseherin Mandel. Przy spisywaniu protokołu Mandel zamierzyła się, by uderzyć Eppker w głowę. Ta wstrzymała jej rękę mówiąc: 'Ich bin eine Dame und du darfst nich nicht schlagen'. Na rozkaz Mandel, Eppker dostała się do bunkra, gdzie stała przy ścianie przywiązana łańcuchami. Wyszła z bunkra chora, złamana z popuchniętymi od stania nogami, a Mandel trzy razy dziennie przychodziła i biła ją szpicrutą powtarzając ze śmiechem: 'Du bist eine Dame, und ich schlage dich'."
[Helena Tyrankiewiczowa, więźniarka Ravensbrück, numer obozowy 7604]
O tym zdarzeniu dowiedział się cały obóz. Postawa więźniarki Eppker została doceniona u pozostałych współtowarzyszek i odpowiednio rozgłoszona:
"Lager trząsł się z emocji na wieść o tym zajściu, którego świadkami były dwie policjantki, z rozkoszą opowiadające o tym zwycięstwie Holenderki nad Mandel. A kiedy wyblakła, wynędzniała pani Epker wyszła wreszcie z bunkra, cisnęły się do niej wszystkie by jej dłoń uścisnąć i by spojrzeć w te niebieskie oczy takie dobre, a umiejące tak nieustraszenie patrzeć na przemożnych ciemiężców."
[Akta procesu załogi Auschwitz-Birkenau, tom 57, str. 177, Kraków]
Netia Eppker byłą jedną z pierwszych więźniarek, które Szwedzki Czerwony Krzyż zabrał z obozu tuż przed jego likwidacją. Wróciła do swego kraju jako osoba wykończona fizycznie i psychicznie. Po wojnie Eppker została poproszona, by zeznawała w roli świadka na I procesie załogi Ravensbrück w Hamburgu. Nigdy już nie powróciła do pełni zdrowia.
"Tygrysica" w białych rękawiczkach
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Halina Smolińska: "Ogólnie bano się Mandl, gdyż słynęła z okrucieństwa"
Pojawienie się Mandel na terenie obozu zawsze wzbudzało ogólną panikę wśród więźniarek. Znienawidzona przez wszystkich Mandel nie rozstawała się ze swoimi białymi, zamszonymi rekawiczkami, które nosiła w kieszeni munduru czy płaszcza i które to rekawiczki zakładała zawsze wtedy, gdy miała chęć osobiście znęcać się nad więźniarkami. O białych rekawiczkach Mandel krążyły w obozie różne pogłoski. Jedne więźniarki twierdziły, że je zdejmowała do bicia, drugie zaś wspominały, że było odwrotnie. Zazwyczaj nadzorczynie nosiły skórzane, czarne rękawiczki, które były elementem ich umundurowania. Mandel zapewne też posiadała swoje zwykłe, skórzane rękawiczki, ale w większości relacji dot. jej osoby, późniejsza Lagerführerin Ravensbrück oraz Birkenau nosiła na rekach białe rękawiczki:
"Mandel bardzo przystojna, różowa blondyna, starannie ubrana, prosta, sztywna i ponura budziła ogólny postrach. Cicho i powoli objeżdżała obóz na rowerze, ukazując się najniespodziewaniej w najmniej właściwych sytuacjach. Biada temu, kto wpadł w ręce Mandel. Systematycznie, powoli wyjmowała z kieszeni białe zamszowe rękawiczki, wciągała je bez pośpiechu na ręce (Mandel była wielką higienistką i elegantką, niepomiernie brzydziła się häftlingiem) i zaczynała walić.
Uderzenie Mandel w tył głowy nad karkiem, albo poziomą dłonią w nos między oczy, mało kto wytrzymał stojąc, nierzadko krew trysnęła na białe rękawiczki. Aufseherki bały się Mandel niemniej od nas, biła je także po twarzy. Poza tym robiła i nam i im ustawiczne meldunki."
[Irena Pawlewska-Szydłowska, więźniarka Ravensbrück, nr obozowy 7674]
Fragment wspomnień więźniarki prof. Urszuli Wińskiej, w których także pojawia się wzmianka o białych rękawiczkach:
"Maria Mandel była kobietą urodziwą, młodą, nie przekroczyła wtedy 30-tki. Wysoka, dobrze zbudowana, wysportowana. Zręcznie wskakiwała i zeskakiwała z roweru. Zawsze w dobrze dopasowanym mundurze, w furażerce na głowie i w białych rękawiczkach. Twarz o regularnych rysach nadęta dumą i złością. Ze strachem przechodziłyśmy koło niej, a jej to sprawiało satysfakcję. Dumnie podnosiła głowę i z pogardą patrzyła na więźniarki. Miała duży zakres władzy. Była sadystką, a jej sadyzm miał jeszcze dodatkowe podłoże. Mandel była upojona swoją władzą. Zawsze ukazywała się w całej swojej gali łącznie z rękawiczkami. Dręczenie i maltretowanie więźniarek upewniało ją w tej ważności."
[Urszula Wińska, więźniarka Ravensbrück, nr obozowy 7448]
"Mandl szalała po całym obozie kobiecym. Widziało się ją zawsze w rękawiczkach, zawsze bijącą, kopiącą, obrzucającą więźniarki ordynarnymi wyzwiskami. Pokrzywdzonych przez nią więźniarek było tak dużo, że trudno mi przytoczyć nazwiska, które więźniarki zostały pobite okrutnie." [Rozalia Juraszek]
"Tygrysica", jak często więźniarki określały Mandel, była również znana ze swoich okrutnych metod bicia i wyrafinowanych tortur oraz szykan stosowanych przy każdej niemal okazji. Podobno Mandel, jako osoba dobrze zbudowana, postawna, doszła do perfekcji w sposobie wymierzania wszelkich najsurowszych kar. We wspomnieniach więźniarek często można było natknąć się na szczegółowe opisy metody wymierzania ciosów przez Mandel. Najczęściej polegała ona na jednym, silnym uderzeniu w podbrzusze lub zaciśniętą pięścią w żuchwę. Efekt był natychmiastowy. Uderzona więźniarka upadała na ziemię całkowicie ogłuszona i zdezorientowana, tym samym nie miała żadnych szans, aby się obronić:
"Oberaufseherin Maria Mandl z powodu złego, dzikiego i drapieżnego postępowania z więźniarkami zwana przez nas byłą "Tygrysicą". Przy każdej okazji, najczęściej bez jakiegokolwiek powodu katowała ona więźniarki do utraty przytomności. Posługiwała się ona przy tym uderzeniem pod brodę, między oczy, w ucho oraz leżące na ziemi ofiary kopała w nerki. Do wściekłości doprowadzały ja krzyżyki na szyjach więźniarek. Sporządzałyśmy je sobie z guzików, szczoteczek do zębów itp. przedmiotów...Tego dnia gdy rewidowała mnie Mandlowa po wyjściu z rewiru, znalazłszy przy mnie krzyżyk, zerwała go, zdeptała, pobiła mnie okrutnie rękoma po całej twarzy i głowie i skazała na tygodniową stójkę głodową."
[Rybska Aleksandra]
Na początku maja 1942 roku, Maria Mandel już wówczas pełniąc funkcję SS-Oberaufseherin, wprowadziła okrutny dla więźniarek nakaz chodzenia boso. Kazała także wysypać ostrym żwirem wszystkie obozowe uliczki oraz plac apelowy. W rezultacie kobiety boleśnie kaleczyły sobie stopy, często do samej krwi. Jeszcze gorszą sytuacją była niemożność zrobienia jakiegokolwiek opatrunku. Każda zauwazona przez nadzorczynię próba ulżenia swemu cierpieniu kończyła się karą chłosty lub bunkra:
"Wpadała w szał i biła więźniarki bez miłosierdzia. Ulice w obozie kazała wysypać drobnym szutrem. Po tak ostrej nawierzchni musiałyśmy w niedzielę na rozkaz Marii Mandl maszerować po kilka godzin z silnym wyrzucaniem nóg do przodu i przybijaniem stopami ziemi. Po krótkim więc czasie naszego marszu droga byłą pełna krwi z naszych stóp, a wiele więźniarek upadało z omdlenia. Do leżących na ziemi dobierała się Maria Mandl i kopała je w okrutny sposób."
[Maria Busiowa]
"W czasie jej urzędowania apele trwały po kilka godzin. Musiałyśmy stać boso na podwórku obozowym nie bacząc na pogodę, a były dni, kiedy było bardzo wietrzno i padał śnieg. Mandel biła i kopała więźniarki za najmniejsze z jej punktu widzenia przewinienia. Tak np. stojąc podczas apelu bezwiednie wysunęłam jedna nogę na parę centymetrów naprzód. Mandel podeszła do mnie i kopnęła mnie z całą siłą w te nogę. Po tym uderzeniu noga bolała mnie przez dwa tygodnie. Wiosną 1942 r. zaczęły się egzekucje Polek. Mandel przed wyprowadzeniem ofiar na stracenie biła je i kopała bez żadnych powodów. Zaznacza, że Mandel przy każdym spotkaniu z więźniarkami biła je i kopała przy czym zadała ciosy fachowo w najboleśniejsze miejsca. Biła do utraty przytomności. Ofiary miały zmasakrowane twarze, zalane krwią, posiniaczone. Miała zwyczaj bić przeważnie w dolną cześć brzucha."
[Józefa Węglarska]
"Maria Mandl wybiła jednej więźniarce dwa zęby uderzając ją w twarz pięścią za to, że szła przez teren obozowy pod rękę z drugą więźniarką. Ponadto miała zwyczaj chodzić z tyłu szeregów i na chybił trafił, wedle swego kaprysu uderzała więźniarki pejczem po łydkach.
Zarówno przy wykonywaniu kary chłosty jak i kąsaniu więźniarek przez psy Maria Mandl przyglądała się bądź to sama, bądź w towarzystwie innych członków załogi obozowej. Więźniarki mówiły o Marii Mandl jako o potworze w ludzkim ciele."
[Regina Morawska]
Wiosną 1942 roku, kiedy Mandel awansowała na kierowniczkę, zaczęto w obozie przeprowadzać pierwsze egzekucje. I tak jak napisała Wanda Kiedrzyńska, była więźniarka Ravensbrück "egzekucje wkonywano po dłuższym pobycie w obozie, wykorzystując skazane jako siłę roboczą do ostatniego dnia życia". Pierwsza zbiorowa egzekucja miała miejsce 15 kwietnia 1942 roku, rozstrzelano wtedy 14 Częstochowianek. Kolejna egzekucja przeprowadzana została 18 kwietnia, zginęło wówczas 14 Lublinianek. Łącznie, od kwietnia 1942 roku do stycznia 1945 roku na terenie FKL Ravensbrück rozstrzelano ponad 160 Polek.
"Króliki" na Lagerstrasse - operacje doświadczalne w FKL Ravensbrück
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Maria Busiowa: "Mandl osobiście spośród więźniarek wyznaczała te, na których lekarze niemieccy dokonywali eksperymentów w obozie"
W lipcu 1942 roku zapanowała jakaś niesamowita atmosfera. Rozszalała się burza snów i domysłów. 27 lipca wezwano nasz transport "nach Vorne". Najpierw były młode, do dwudziestu oięciu lat, potem wszystkie. Później dołączono do nas kilka z transportu majowego z 1942 r. Jakaś obca komisja, cywil i wojskowy, uporczywie patrzyła na nogi. Po paru godzinach czekania, po sprawdzeniu list, puszczono nas do bloku na obiad.
[Wanda Półtawska "I boję się snów"; Edycja Świętego Pawła, 1998]
Wanda Półtawska, autorka książki "I boję się snów" opisała ze szczegółami cały proces rekrutowania sposród ogółu więźniarek tych, które zostały przeznaczone na operacje. Nie były to zwykłe badania lecz długotrwałe eksperymenty doświadczalne, które były przeprowadzane wbrew woli operowanych kobiet, naogół kończyły się trwałym kalectwem lub śmiercią obozowych "królików" jak nazywano ofiary zbrodniczych eksperymentów. Operacje rozpoczęły się w tym samym czasie, w którym Maria Mandel objęła stanowisko Oberaufseherin - kierowniczki obozu. Nie było możliwości, aby główna dozorczyni nie wiedziała o przeprowadzanych operacjach lub żeby nikt jej nie powiadomił o zaistniałym fakcie. Co gorsza, to właśnie Mandel wspólnie z naczelnym lekarzem obozu oraz innymi esesmanami z kierownictwa obozu, osobiście wybierała więźniarki i odsyłała je na blok operacyjny. Wybierano młode, w pełni zdrowe Polki, więźniarki polityczne. 1 sierpnia 1942 r. zoperowano pierwsze 5 więźniarek. Operacje przeprowadził dr Gebhardt ze swoim asystentem dr Fischerem i w obecności lekarzy obozowych : Schiedlausku’ego, Rosenthala i Herty Oberhauser. Po dwóch tygodniach operacjom poddano następną grupę więźniarek Polek.
Od wiosny 1942 roku niemieccy lekarze rozpoczęli w Ravensbrück masowe operacje doświadczalne mające na celu sprawdzenie leczenia sulfonamidami różnego rodzaju zakażeń, chorób, przeprowadzali badania nad procesem zrastania się złamanych kości i przebiegu odbudowy kości oraz możliwości ich przeszczepów, regeneracji mięśni nerwów, prowadzono także operacje, które miały wywołać niepłodność u kobiet narodowości przeznaczonych na wytępienie.
"Króliki" były poddawane głównie oparacjom kostnym, polegającym na badaniu szybkości zrastania się złamanych kości a także samego przebiegu ich odbudowy. Wybrane do tych zabiegów więźniarki poddawano operacyjnemu odsłonięciu kości, które łamano młotkiem lub dłutem, następnie ranę zaszywano, nogę gipsowano, po to by za kilka dni zdjąć gips, odsłonić ranę zbadać tempo zrastanie się kości, ponownie ranę zaszyć i nałożyć nowy gips. Pobierano także listwy kostne albo amputowano całe kończyny wraz ze stawem biodrowym lub łopatką, przewożono do Hohenlychen i wszczepiano rannym żołnierzom niemieckim.
Wiele Polek poddano operacjom mięśniowym i nerwowym, które miały na celu badanie szybkości regeneracji mięśni i nerwów na użytek chirurgii plastycznej. Polegały na wycięciu nerwów lub mięśni uda albo podudzia. Większość operacji była wykonywana bez odpowiedniego znieczulenia, a w kolejnych etapach, nie zachowywano właściwych warunków higienicznych, bardzo rzadko zmieniano opatrunki, często także pozostawiano więźniarki samym sobie, bez jakiegokolwiek nadzoru, wiedząc, że zmożone wysoką gorączką kobiety nie będą miały siły aby ucieć.
"Byłyśmy zupełnie bezsilne, ale o ile dotąd bezsilność nas bolała, teraz chciałyśmy się z niej otrząsnąć. Miałyśmy już dość operacji, kłamstw, podtępów. Dotąd szłyśmy zaciskając zęby - tak samo jak w milczeniu znosiłyśmy policzki, wiedząc, że oddane aufzejerce uderzenie wywoła masakrę, bunkier, często śmierć. Szłyśmy na operację nie mogąc zrobić nic innego. Bez umowy, bez dyskusji, gdzieś w nas samych zapadło postanowienie: dość!"
[Wanda Półtawska "I boję się snów"; Edycja Świętego Pawła, 1998]
W pierwszych miesiącach 1943 roku, "króliki" postanowiły napisać oficjalną petycję i wyrazić poprzez to swój sprzeciw wobec operacji doświadczalnych. Pomysł wydawał się nie do zrealizowania, jednak więźniarki nie poddały się i w tajemnicy przygotowały pismo. Była to jedyna możliwość, aby tragiczny los "królików" został zauważony przez najwyższe obozowe władze. O petycji wspomina Wanda Półtawska:
"Z miejsca napisałyśmy petycję. Napisałyśmy w paru prostych zdaniach, że my, niżej podpisane więźniarki polityczne, zapytujemy pana komendanta, czy jest mu wiadome, że w obozie są dokonywane operacje doświadczalne na zupełnie zdrowych kobietach - więźniarkach politycznych. Że operacje te powodują kalectwo, a nawet śmierć. Że my, operowane, protestujemy przeciwko operacjom. No i podpisy.
Poszłyśmy czwórkami. Odprowadzały nas przerażone spojrzenia spotykanych na ulicy Lagrowej kobiet. Obóz nie wiedział, co się dzieje. Wolno, noga za nogą, w słoneczny dzień posuwał się nasz pochód. Białe bandaże przeraźliwie odbijały się od czarnego żwiru węglowego, którym była wysypana ulica. Droga "nach Vorne" wydawała nam się przeraźliwie długa. Stanęłyśmy przed budynkiem, gdzie mieściło się biuro. Komendant nie raczył wyjść. Wysłał tylko urzędniczkę, która oświadczyła, że mówienie o jakichś operacjach to "histeryczne" wymysły bab."
[Wanda Półtawska "I boję się snów"; Edycja Świętego Pawła, 1998]
Były to tylko nieśmiałe próby stawienia oporu wobec gigantycznej machiny śmierci. Jednak w oczach pozostałych więźniarek, petycja złożona przez "króliki" w biurze komendanta obozu była czynem największej odwagi. "Króliki" wiedziały, że ich ostatecznym przeznaczeniem jest zagłada. Były świadkami zbrodniczych eksperymentów i miały świadomosć, że Niemcy nie pozwolą, by przeżyły. Dlatego coraz częściej podnosiły się głosy sprzeciwu wobec dalszych operacji. Pomimo tych pojedynczych aktów odwagi, Niemcy nie zaprzestali przeprowadzania eksperymentów medycznych w Ravensbrück, kontynuowali je aż do 1945 roku.
"Więźniarki mówiły o Marii Mandl jako o potworze w ludzkim ciele. To też cały obóz Ravensbrück odetchnął z wielka ulgą, gdy Maria Mandl została przeniesiona do obozu Oświęcim jakoś w jesieni 1942 r. Od więźniarek, które zatrudnione były w biurze politycznym słyszałam, iż Maria Mandl przeniesienie do obozu Oświęcim uważała za awans i chwaliła się, że została wysłana do obozu Oświęcim po to, by tam zaprowadzić porządek przez wzmożenie terroru w stosunku do więźniarek."
[Regina Morawska]
Przeniesienie Mandel do Auschwitz
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W październiku 1942 roku Maria Mandel została przeniesiona z Ravensbrück do KL Auschwitz na stanowisko starszej nadzorczyni (Oberaufseherin). Okoliczności przeniesienia nie są dostatecznie jasne. Ona sama wyjaśniała, że powodem przeniesienia było stwierdzenie przełożonych, że pełniąca tę funkcję od wiosny Johanna Langefeld nie nadaje się na to stanowisko. Mandel twierdziła, że słyszała, iż przeciwko niej prowadzone było postępowanie za „organizowanie” rzeczy pożydowskich, że dochodzenie to prowadził Boger i trwało ono także w 1943 r., a więc w czasie, gdy Johanna Langefeld wróciła z KL Auschwitz do KL Ravensbrück na swoje poprzednie stanowisko Oberaufseherin i ostatecznie w wyniku tych dochodzeń została ona aresztowana.
Decyzję w sprawie jej przeniesienia – twierdziła - podjął szef Antsgruppe D Konzentrationslager Richard Glücka, który urzędował w KL Oranienburg. Maria Mandel na jego wezwanie udała się tam i dowiedziała się, ze jest to rozkaz samego Obergruppenfuhrera Oswalda Pohla, szefa Głównego Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych (WVHA).
Odpowiedziała, że do KL Auschwitz nie pojedzie i gotowa jest złożyć rezygnację z zajmowanego stanowiska. Uważała bowiem, jak to po wojnie przyznała, że [już w 1942 r.] obóz Auschwitz był osławiony i znany jako gniazdo i wylęgarnia tyfusu, wszy, że panują w nim potworne warunki higieniczne i sanitarne. Powróciła do KL Ravensbrück, nadal zajmowała przysługujące jest stanowisko SS-Oberaufseherin. Po pewnym czasie komendant Ravensbrück Fritz Suhren zakomunikował jej, że decyzja o przeniesieniu jej do KL Auschwitz jest ostateczna. Mandel pojechała ponownie do Glucksa, który powiedział, że decyzje podjął sam Pohl i w przypadku odmowy musi ona liczyć się z najgorszymi konsekwencjami. Mimo to – wg słów Mandel – drugi raz odmówiła i powróciła do Ravensbrück. Dopiero w wyniku perswazji komendanta Ravensbrück Fritza Suhrena zdecydowała się objąć nowe stanowisko. Suhren miał jej rzekomo powiedzieć, że Pohl jest nieobliczalny i może kazać ją aresztować i osadzić w obozie koncentracyjnym jako zwyczajną więźniarkę, jeżeli dalej będzie przeciwstawiała się jego woli.
Oczywiście nie ulega wątpliwości, że Maria Mandel kłamała. Taka służbistka jak ona nie odważyła by się dyskutować ze swoimi przełożonymi. KL Ravensbrück uchodził wprawdzie za obóz wzorcowy Musterlager, a do tego położony był niedaleko serca III Rzeszy czyli Berlina. Przeniesienie do odległego KL Auschwitz znajdującego się na terenach polskich wcielonych do Rzeszy Niemieckiej w 1939 roku mogło być dla niej niewygodne, a nawet kłopotliwe, ale przecież w tę kobietę wpajano od chwili, kiedy ubrała mundur hitlerowskiej nadzorczyni, że ma służyć III Rzeszy ze wszystkich swoich sił, ma być twardą, a posłuszeństwo jest świadectwem jej honoru. Stanowisko SS-Oberaufseherin w rozbudowującym się kompleksie największej machiny zagłady jaka miał być KL Auschwitz było niewątpliwym awansem i nowym polem do sadystycznych wyczynów, z czego niewątpliwie musiała dobrze sobie zdawać sprawę.
"W obozie kobiecym panowały pod każdym względem najgorsze warunki. (...) Wkrótce przybyły dozorczynie do Auschwitz - żadna dobrowolnie - miały budować od nowa obóz w najcięższych warunkach. Już w pierwszym tygodniu większość z nich chciała uciec z powrotem do spokojnego, przyjemnego i wygodnego życia w Ravensbruck."
[Rudolf Hoess, "Auschwitz w oczach SS"]
Z całą pewnością do bajek należy włożyć krążącą pomiędzy więźniarkami KL Ravensbrück pogłoskę, że znaleziono w jej pokoju pół kilogramową sztabę złota i przeniesienie jej z KL Ravensbrück jest karą za próbę okradzenia III Rzeszy. Trudno też cokolwiek powiedzieć o rzekomym dochodzeniu prowadzonym przez Bogera w stosunku do Johanny Langefeld. Należało by odnaleźć – jeśli w ogóle takie materiały się jeszcze gdzieś znajdują - akta sądu SS, który takimi sprawami się zajmował i komisji śledczej działającej pod kierunkiem sędziego tego sądu dr Morgena. Prowadził on około 800 spraw związanych z korupcją i okradaniem przez funkcjonariuszy obozów koncentracyjnych skarbu III Rzeszy. W III procesie załogi Auschwitz-Birkenau w 1964 r. we Frankfurcie nad Menem występował on jako świadek. Langefeld, która już w Ravensbrück pokazała, że w niektórych wypadkach potrafi walczyć o życie więźniarek i nawet interweniować w Berlinie mogła z tych raczej powodów nie podobać się bezwzględnemu komendantowi Hossowi, a nawet popaść z nim
w konflikt.
Maria Mandel przybyła do KL Auschwitz-Birkenau 7 października 1942 roku. Teraz otwierały się przed nią nowe możliwości uprawiania procederu, który był jej żywiołem.
"Nie skończyła jeszcze trzydziestki, bardzo ładna, wysoka, szczupła... nienaganna w swoim mundurze (...) Jej twarz promienieje, bez cienia szminki. Jest doskonała. Za doskonała. Doskonały przykład rasy panów. Idealna matka rodzicielka - cóż więc ona tutaj robi, zamiast rodzić dzieci?"
[Fania Fenelon, "Orkiestra kobieca w Auschwitz"]
Przeniesienie Marii Mandel do Auschwitz było niewątpliwym awansem. Opuszczała wprawdzie wygodne i ważne stanowisko SS-Oberaufseherin w obozie koncentracyjnym Ravensbrück pełniącym rolę wzorowego obozu dla kobiet i leżącym niedaleko Berlina stolicy III Rzeszy, i szła do Auschwitz obozu leżącego na terenach polskich wcielonych do III Rzeszy, ale awans ten był jednocześnie wyzwaniem dla tej zaciekłej nazistki. KL Auschwitz nie miał jeszcze w 1942 r. ponurej sławy największego cmentarzyska Europy, jaką zyskał w okresie, gdy Maria Mandel tam rządziła. Niemniej jednak powierzenie właśnie jej zadania tworzenie niemal od podstaw nowego obozu kobiecego dla wrogów III Rzeszy było wyrazem uznania dla jej dotychczasowej pracy w Lichtenburgu a zwłaszcza w Ravensbrück i otwarciem drogi do dalszej kariery.
"6.10.1942 przybyła Maria Mandel w funkcji głównej strażniczki do Auschwitz. Przybyła z zadaniem "[zaprowadzenia] porządku w obozie" i przywiozła w tym celu kilka wiernie oddanych pomocnic (więźniarki jak i dozorczynie). To, że Maria Mandel przybyła z zadaniem "[zaprowadzenia] porządku w obozie" wyszło w obozie na jaw przez to, że prowadzącej raporty M. Drechsler tylko z trudem udawało się ukryć, jak mocno liczyła na awans na główną nadzorczynię. M. Mandel obchodziła się z całą brutalnością, na jaką ją było stać. Kontrole, jakie przeprowadzała i kazała przeprowadzić przybierały coraz surowszą formę."
[Więzień obozu, kobieta, imię nieczytelne, wypowiedzi świadków. tom 56a, s.181, Muzeum Auschwitz]
Po wojnie stojąc przed polskim prokuratorem usiłowała pomniejszyć znaczenie tego awansu tłumacząc, że do KL Auschwitz nie chciała iść, gdyż obóz ten był wylęgarnią wszy i tyfusu, warunki sanitarne i mieszkalne były fatalne a wyżywienie złe. Twierdziła, że dwukrotnie była wzywana w tej sprawie przez Glucksa i dwukrotnie odmawiała, nawet wtedy, gdy Glucks powiedział jej, że jest to polecenie Oswalda Pohla. Dopiero, kiedy komendant obozu w Ravensbruck Fritz Suhren, któremu zwierzyła się ze swoich wątpliwości, powiedział, że Pohl jest nieobliczalny i może kazać ją, za niesubordynację, zamknąć w obozie jako zwyczajną więźniarkę zdecydowała się na objęcie nowego stanowiska. Trudno wyobrazić sobie taką sytuację, jaką opowiedziała sędziemu śledczemu Janowi Sehnowi Maria Mandel. Fanatyczna nazistka oddana bez reszty Führerowi i III Rzeszy nie odmawia dla własnej wygody objęcia stanowiska, na którym zależy samemu Heinrichowi Himmlerowi.
Maria Mandel przyjechała do KL Auschwitz 8 października 1942 r. i objęła stanowisko SS-Oberaufseherin (starszej nadzorczyni) obozu kobiecego po odwołaniu z tego stanowiska Joanny Langefeld, która pełniła je zaledwie niecałe 4 miesiące, od marca lub kwietnia do 7 października 1942 roku. W tym właśnie okresie ostatecznie ukształtowała się ranga i kompetencje kierowniczki oddziału kobiecego. Rudolf Hoss podporządkował bowiem Langefeld komendantowi obozu męskiego SS-Hauptsturmführerowi Hansowi Aumeierowi, co oburzyło Langefeld. W wyniku wniesionego przez nią zażalenia do Berlina Höss musiał ten rozkaz odwołać. Próbował jeszcze coś wskórać w czasie wizyty Himmlera w KL Auschwitz w lipcu 1942 r. ale Himmler był nieugięty uważając, że obozem kobiecym powinna kierować kobieta, a jedynie do pomocy można jej przydzielić jednego oficera SS w randze Schutzhaftlagerführera. Tak więc kierownikiem obozu żeńskiego został Obersturmfuhrer Paul Müller, który jednak – jak zeznawała po wojnie Maria Mandel –
w niedługi czas później [październik-listopad 1942 r.] zapadł na tyfus plamisty i ja jako Oberaufseherin i Lagerführerin objęłam po nim obóz żeński... Od listopada 1942 r. do września 1943 r. byłam faktyczną kierowniczką obozu żeńskiego Lagerführerin, we wrześniu 1943 r. przeszedł Hössler i objął stanowisko Lagerführera, mnie jednak tytuł ten pozostał i do końca mojego pobytu w Oświęcimiu nazywano mnie Lagerführerin.
Pod rządami "Oberki"
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na dwa miesiące przed przybyciem do KL Auschwitz Marii Mandel w pierwszej połowie sierpnia 1942 roku przeniesiono 13 000 więźniarek z wydzielonej dla kobiet części obozu macierzystego Auschwitz do budującego się nowego obozu w Birkenau (Brzezince). Osadzono je na odcinku oznaczonym symbolem BIa (na odcinku BIb utworzono obóz dla mężczyzn) i w ten sposób utworzono kobiecy obóz koncentracyjny (Frauenkonzentrationslager), który był w Birkenau, podobnie jak obóz męski, filią KL Auschwitz. Warunki życia były tutaj pod każdym względem o wiele gorsze niż w obozie Auschwitz I.
Baraki
Były tam baraki murowane wg wzoru stajni końskich oraz baraki drewniane, przypominające stajnie polowe dla koni t.zw. Pferdesallbaracke typ. 260/9. W każdym takim baraku przewidzianym dla 52 koni zakładano ulokowanie 300 osób, po wydzieleniu w każdym baraku pokoju dla blokowej, pisarki blokowej i magazynu żywnościowego. Faktycznie w barakach lokowano po 1000 a nawet 120 więźniarek. Na każdą z nich przypadało zatem ok. 0,28 m. kw. powierzchni i 0,73 m3 powietrza. Dla porównania warto dodać, że w przedwojennych więzieniach w Polsce obj. Powietrza dla każdego więźnia powinna wynosić w celach wspólnych 13 m3, a w celach jednoosobowych 18 m3.
Ściany baraków murowanych miału grubość 12 cm. Nie było sufitów tylko dachówka, ani podłóg a jedynie klepisko. W tej sytuacji ani dwa piece w każdym baraku ani ciągi kominowe nie były w stanie ogrzać baraków. Więźniarki spały na trzypiętrowych praczach (buksach) i trzypiętrowych łóżkach. Na każdym piętrze 8-12 więźniarek, a w okresie przepełnienia baraku część więźniarek spała na klepisku.
"Za pomieszczenia mieszkalne służyły baraki murowane i drewniane. Stawiano je na podmokłym terenie, a ze względu na pośpiech brak było w nich odpowiedniej izolacji. Długie, wąskie i niskie baraki murowane posiadały siedemnaście zamontowanych na stałe okien i jedno wejście. Wewnątrz wymurowano sześćdziesiąt przegród z trzema poziomami prycz do spania. Jedno legowisko przeznaczone było dla czterech więźniarek, ale w chwilach przepełnienia musiało zmieścić się na nim sześć do siesięciu kobiet. A liczba ich w baraku przekraczała nieraz tysiąc osób. W barakach początkowo brak było oświetlenia i urządzeń sanitarnych - ustępów i umywalni. Baraki praktycznie nie posiadały też ogrzewania, chociaż prowizorycznie były zainstalowane dwa żelazne piecyki, w których i tak nie było czym palić. Podłogę stanowiło klepisko, na którym później ułożono warstwę cegieł lub zrobiono cienką wylewkę z cementu."
[Jolanta Kupiec "U kresu sił..."; Oświęcim 2008]
Maria Mandel tak wspomina warunki bytowe w barakach Birkenau:
"Teren nie był skanalizowany, brodziło się po kolana w grząskim błocie, w blokach nie było podłóg, ściany były mokre a klepiska błotniste, dawał się odczuwać katastrofalny brak wody. Po blokach i na zewnątrz leżały całymi dniami nie uprzątnięte zwłoki."
[Maria Mandl, Protokół, 19.05.1947 Kraków]
Wyżywienie
Wyżywienie, które nie odpowiadało ani pod względem jakościowym, ani ilościowym najbardziej elementarnym wymaganiom zasad żywienia. Mięso z którego gotowano zupy było najczęściej zepsute, pokryte pęcherzami, a nawet gnijące. Najczęściej była to konina, łby zwierzęce, odpadki kuchenne. Nieodpowiednie wyżywienie przyczyniało się do wyniszczenia organizmów, nieustannych biegunek i chorób. Występowała choroba głodowa prowadząca do tzw. zmuzułmanienia.
Odzież
Także odzież wydawana więźniarkom nie chroniła dostatecznie od zimna i wilgoci. Bieliznę osobistą i pasiaki prano niedokładnie, niejednokrotnie więźniarki otrzymywały na zmianę bieliznę zawszoną, co było przyczyną chorób i groziło wybuchem epidemii.
Po wojnie Maria Mandel tłumaczyła jednak, że:
"W czasie epidemii szpital był przepełniony, chorych nie leczono w nim, lekarz przychodził co kilka dni, podpisywał jakieś papiery, chorymi w ogóle się nie zajmował, a więźniarki z bloków bały się szpitala i chore wraz ze zdrowymi leżały obok siebie, na skutek czego epidemia rozszerzała się."
Buty drewniaki powodowały liczne otarcia skóry, zakażenia, ropowice. Nie wyjaśniono do końca z czyjego polecenia i z jakich powodów wiosną 1943 r. zakazano niektórym komandom kobiecym noszenia obuwia. Zakaz ten obowiązywał do późnej jesieni. Można jednakże domyślać się, że Maria Mandel przenosiła na grunt Auschwitz-Birkenau swoje metody działania stosowane w Ravensbrück, gdzie wczesną wiosną aż do późnej jesieni kazała więźniarkom chodzić boso, a drogę obozową kazała wysypać ostrym żużlem. O tym, że nie był to rozkaz komendanta, lecz wydany na szczeblu Lagerführerin przekonuje fakt, że esesmani nadzorujący więźniarki w pracy zakazem tym się nie przejmowali i nie zwracali na to większej uwagi.
Brak wody
"W początkowym okresie funkcjonowania KL Birkenau z powodu zupełnego prawie braku wody panowały tam katastrofalne warunki higieniczne. Na odcinku BIa woda przez pierwszych kolkanaście miesięcy znajdowała się tylko w baraku kuchennym i łaźni. Więźniarkom nie było wolno z niej korzystać. Z powodu braku umywalni nie było możliwości umycia się ani zrobienia przepierki. Sytuacja nieco się zmieniła dopiero po ich uruchomieniu w 1943 roku. Woda z jednej małej studni przeznaczona była również tylko dla celów kuchni. Możliwość ukradkowego zaczerpnięcia wody ze studni była dla więźniarek ogromnym szczęściem. W okresach deszczowych wodę czerpały z kałuż i utworzonych bajor. Myły się w nich same, myły też naczynia i prały odzież. Konsekwencje takiej sytuacji były tragiczne-szerzyły się choroby, biegunki, różnego rodzaju epidemie. Jak w niektórych przypadkach deszcz był zbawienny, tak w innych był przekleństwem, szczególnie wtedy, kiedy ziemia nasiąkała wodą i tworzyło się grząskie błoto."
[Jolanta Kupiec "U kresu sił..."; Oświęcim 2008]
Tragiczny był w Birkenau brak wody. Już w czerwcu 1942 r. stwierdzono, ze woda w Birkenau nie nadaje się nawet do płukania ust. Może dlatego obóz powstał w tym miejscu. Do połowy 1943 r. można było korzystać jedynie z małej studni, z której wodę głównie czerpano dla kuchni. Więźniarki podstawiały naczynia pod kanaliki ściekowe na wodę spływającą ze spłukiwania posadzki kuchni. W czasie deszczu czerpały wodę z rowów i bajor, a picie takiej wody powodowało epidemie. Dopiero w połowie 1943 r. na ścianie jednego z bloków zainstalowano kran z wodą, z którego każda więźniarka mogła korzystać raz na dobę.
"Zastałam obóz w strasznym stanie. Gnieździło się w nim w tym czasie około 70000 więźniarek, które znajdowały się w stanie kompletnego wyczerpania, nie dbały o życie i nie wykazywały żadnej ochoty do życia, na skutek czego cały obóz wyglądał jak jedno gnojowisko. Wprawdzie były w obozie latryny, ale więźniarki nie korzystały z nich, załatwiając wszystkie funkcje fizjologiczne w blokach i obok bloków, panowała w tym czasie epidemia tyfusu."
Umywalnie wybudowano dopiero w 1944 roku. W 1942 roku i na początku 1943 roku nie było w obozie kobiecym ubikacji. Potrzeby fizjologiczne załatwiano do kibli w barakach. Rano wynoszono je i opróżniano. W 1943 roku wybudowano prymitywne zbiorowe latryny z drągiem służącym do przytrzymywania się. Niejednokrotnie kobiety wpadały w fekalia znajdujące się w korycie. W obozie panowały bez przerwy biegunki głodowe (Durchfall) epidemie różnych chorób : tyfusu, świerzbu, malarii, gruźlicy. W czasie swoich rządów Maria Mandel nie zrobiła nic, aby ulżyć doli więzionych kobiet i poprawić ich warunki bytowe.
Apele
Dla udręczenia więźniarek Maria Mandel w zimie 1943 r. zorganizowała apel, na którym kazała więźniarkom rozbierać się do naga i osobiście sprawdzała, ile każda z nich na sobie swetrów. Gdy stwierdziła, że któraś z więźniarek ma na sobie inne odzienie poza pasiakami zarządzała bicie, a pozostałe więźniarki musiały w tym czasie nago pozostawać na mrozie (rel. Haliny Roszkowskiej, Karola Macury, Marii Żumańskiej). Po takim apelu – zeznawała więźniarka Janina Unkiewicz – każda więźniarka musiała przechodzić pojedynczo i „biegiem” przez bramę do obozu. Za bramą stały władze obozowe i Mandelka oraz mężczyzna – Taube oraz pomocnice Mandelki „Drekslerka” i „Hasse”. Wszyscy oni spychali do rowu te wszystkie kobiety, które przechodziły niezgrabnie, potknęły się bądź przewróciły. Następnie odprowadzano te kobiety do bloku śmierci [blok nr 25] przed zagazowaniem. Najwięcej kobiet do bloku śmierci wybierała Mandelka.
Z relacji Marii Mandel:
"Obejmując obóz nie potrafiłam nawet ustalić stanu liczbowego więźniów, który nie zgadzał się o około 500 osób. Dla zaprowadzenia porządku musiałam zinwentaryzować więźniów. W tym celu w porozumieniu i przy współudziale oddziału politycznego przeprowadzone zostały dwa apele niedzielne (Zuhlapell). Przy nieporządku jaki zastałam i braku jakiejkolwiek organizacji apele te trwały bardzo długo, ciągnęły się przez cały dzień. Odbyły się one w ten sposób, że wszystkie więźniarki, które mogły się ruszać przepędzono na łąkę za brama obozu, tak, że w obozie pozostały tylko te, które leżały w szpitalu i nie mogły się ruszać. Na łące tej stały więźniarki, aż do ukończenia apelu t.zw. przez cały dzień. Nie przypominam sobie, czy stojące na apelu więźniarki otrzymały jedzenie. Twierdzę stanowczo, że w czasie tego niedzielnego apelu żadna z więźniarek nie zmarła. Zdarzyło się tylko, że niektóre więźniarki z powodu wyczerpania przewróciły się. Te zaniesiono z powrotem żywe do obozu. Chorych oddzielono od więźniów zdrowych, umieszczono ich osobno w blokach nr 25 i 26."
Wspomnienia więźniarki dotyczące apelu generalnego:
"Zimą 1942/43 w bardzo mroźny dzień, w niedzielę, urządziła Mandl dla FKL-u apel generalny, który trwał od godziny 5 rano do późnych godzin wieczornych. Wypędzono wówczas wszystkie więźniarki na łąkę przed obozem (...) Z powodu mrozu i wyczerpania bardzo wiele więźniarek już na łące poupadało."
[Maria Budziaszek, więzień nr 23359, Proces Załogi, t. 56]
Odwszenia częściowe i generalne
Ogólne zawszenie obozu wywołane nieodpowiednimi warunkami sanitarnymi i brudem było powodem epidemii tyfusu. Aby go zwalczyć Maria Mandel urządzała co jakiś czas t.zw. odwszenie. Więźniarki musiały rozbierać się do naga i po oddaniu ubrań do dezynfekcji oczekiwać przed Sauną na dezynfekcję osobistą, bez względu na porę roku i pogodę. W łaźni przechodziły tusz gorący i zimny, a czasem tylko zimny. Przed albo po tuszu jedną tylko szmatą zamoczoną w płynie dezynfekującym Cuperx pocierano głowę i inne owłosione części ciała, a następnie więźniarki musiały oczekiwać na Wise (łące) po kilkanaście nieraz godzin na wydezynfekowaną odzież. Często otrzymywały odzież nie swoją a zdarzały się wypadki, że po otrzymaniu odzieży padały zatrute, gdyż do dezynfekcji odzieży używano cyklonu B, którego opary (w komorach gazowych używano cyklonu B) były śmiertelne. Wszystkie czynności związane z odwszeniem na polecenie Mandel wykonywali więźniowie mężczyźni pod nadzorem esesmanów. Obecność Niemców nie peszyła nagich więźniarek, natomiast pełnienie tych zadań przez więźniów wyraźnie deprymowało dezynfekowane kobiety.
W czasie zbrodniczych rządów Marii Mandel przeprowadzono w obozie kobiecym kilka generalnych odwszeń. Wszystkie one były przeprowadzane w sposób bezwzględny, niestaranny i nieskoordynowany z innymi częściami obozu. Pierwsze odbyło się w daniach 6-8 grudnia 1942 r., drugie 9-11 lipca 1943 r. o kolejne w 1943 i 1944 r. Generalne odwszenie nie mogło ominąć żadnej więźniarki. Władze obozowe zarządzały t.zw. lagerspere (zakaz opuszczania obozu, komanda nie wychodziły w tym czasie do pracy poza obozem). Dezynfekcję przechodziły także chore przebywające w szpitalu (rewirze), co najczęściej kończyło się ich śmiercią. oddajmy głos jednej z nadzorczyń Johanny Waltemade która tak przedstawiła jedno z takich tragicznych wydarzeń : Zimą 1942/43 w bardzo mroźny dzień w niedzielę urządziła Mandl dla FKL-u apel generalny od 5 rano.
Najuciążliwsze i najtragiczniejsze generalne odwszenie z rozkazu SS-Lagerfuhrerin Marii Mandel odbyło się w grudniu 1943 r. w wyniku którego zmarło około 1000 więźniarek wskutek zamarznięcia. Opisało je po wojnie wiele więźniarek, a szczególnie Erna Laskówna, która twierdziła, że w czasie tej całodniowej akcji Mandel rozstrzeliwała niektóre więźniarki na miejscu. Maria Mandel w czasie powojennego procesu oświadczyła, że takiej akcji sobie nie przypomina.
Niniejsze opracowanie nie ma na celu propagowania treści nazistowskich. Zamieszczone na tej stronie dokumenty archiwalne oraz fotografie mają wyłącznie charakter historyczno-naukowy.
Uwaga! Publiczne zaprzeczanie faktom dotyczącym zbrodni, o których mowa w art. 1 pkt 1 ustawy z dnia 18 grudnia 1998 r. o IPN - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu jest przestępstwem ściganym z urzędu zagrożonym grzywną lub karą pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok podawany jest do publicznej wiadomości.